Kredki dla filipińskich slumsów

Kredki dla filipińskich slumsów

  Dzieci    Katowice, Manila
17%
520
z potrzebnych 3 000 zł = 17% celu
7 wpłat
9 dni do końca
Zbiórka trwa do 02.10.2018. Wszystkie zgromadzone środki trafią do autorów inicjatywy.
Udostępnianie to też wspieranie:
Obserwuj
  • Projekt
  • Aktualizacje
  • Wspierający (6)
  • Społeczność

Opis projektu

Małe filipińskie dzieci naprawdę chcą się uczyć, żeby wyrwać się z biedy i slumsu. Ale do nauki potrzebują też przyborów szkolnych. Pomóżmy im wypełnić szkolny plecak!

Daleko, na drugim końcu świata jest miejsce, gdzie rok temu zostawiłam sporą część serca. To Filipiny, a konkretniej Payatas - jedna z dzielnic biedy w Metro Manila, regionie stołecznym. Miejsce ciepłe, brudne, śmierdzące wysypiskiem śmieci, a jednocześnie pełne głośnego śmiechu dzieci. Właśnie tam działa organizacja Puso sa Puso (po polsku "Serce dla serca", http://www.pusosapuso.org/), z którą w zeszłym roku mogłam współpracować w ramach wyjazdu z ramienia Wolontariatu Misyjnego Salvator. Puso sa Puso prowadzi swoje działania w bardzo szerokim zakresie - edukacyjnym, żywieniowym, a także medycznym. Jedną z gałęzi jest program przeznaczony dla dzieci w wieku 3-6 lat, w którym międzynarodowi wolontariusze prowadzą zajęcia przedszkolne. I właśnie w tym programie brałam udział. 

Lekcje dla dzieci prowadziłam w domach albo po prostu na ulicy. A zakres mojego działania w slumsie nieco przekraczał regulaminowy wiek, bo z miękkim sercem, nie umiałam odmawiać dzieciom, które stały trochę dalej i patrzyły z zaciekawieniem. Dlatego często zamiast 5 osób w grupie, miałam prawie 20 i to nie w przedziale wiekowym 3-6, tylko 2-11. Wszystkie tak samo zainteresowane i tak samo chętne do nauki. W sumie w ciągu dnia miałam zajęcia z około 60 dziećmi.

Materiały na swoje lekcje w zeszłym roku kupowaliśmy (ja i drugi wolontariusz) za zebrane wcześniej pieniądze. W ciągu tych kilku miesięcy kupiliśmy mnóstwo długopisów, kredek, zeszytów, a także innych materiałów potrzebnych na zajęcia. Choćby plasteliny czy puzzli. Jednak wiadomo, wszystko się zużywa i kończy, a potrzeby się nie zmieniają. Dlatego chciałabym każdemu z moich byłych uczniów dać plecak z przyborami szkolnymi. Jako, że wysłanie dużych paczek z Polski na Filipiny wiązałoby się z dużymi opłatami i za przesyłkę i podatkowymi, przybory szkolne zostaną zakupione już na miejscu przez Puso sa Puso. Koszt jednego zestawu to mniej więcej 50zł, co mnożąc razy moje 60 dzieci, daje właśnie 3000zł.


I na koniec trochę o tym, jakie były dzieci i jak wyglądały zajęcia.

Alex. Chłopczyk ma 5 lat i jest największym kujonem na swojej ulicy. Jako jedyny chodzi na jedne moje zajęcia i dwa razy jest u Piotrka. Z drugiej strony jest też takim małym mięśniakiem, który tylko chciałby się bawić albo dopomina się piłki. Wpada zawsze spóźniony, rzucając z impetem zeszytem na sam środek stolika, przy którym tłoczą się dzieci. Obwieszcza tak światu, że przybył. Daję mu kartkę i długopis, a on z wielkim namaszczeniem zabiera się do pracy. Po chwili na małym płaskim brązowym nosku pojawiają się pierwsze krople potu, mimo tego, że jest 9 rano i siedzimy w miarę w cieniu.

Raika. Najmłodsza ze wszystkich „oficjalnych” dzieci, jakie uczę. Ma tylko 2,5 roku, a na zajęcia przychodzi z dwójką starszych sióstr. Jak mnie widzi rano, z radością przykleja się do mojej nogi (bo na tyle sięga) i nie chce puścić. Jest malutka i jest oczkiem w głowie całej reszty starszych dzieci. Do końca mnie zaskakuje, że wszystkie dbają, żeby  te najmłodsze na pewno dostały pieczątki na rączkę albo największe z kolorowych naklejek. Po kilku tygodniach zauważyłam, że dziewczynki przyklejają na ścianie kolorowanki zrobione na moich zajęciach. To takie wzruszające. Z drugiej strony, byłam w tym domu codziennie i nie widziałam nigdy żadnych zabawek.

Aljem. Ma 3 latka i żółty plecaczek, w którym nosi zeszycik, który dałam mu na pierwszych zajęciach. Lekcję obok jego domu mam na błotnej górce, na której jest postawiony mały stolik. Nie umiem postawić krzesła, żeby stało w miarę prosto, a Aljem się wierci, wstaje na nim, kręci i zdarzyło się, że poleciał razem z krzesłem na ziemię. Zbierał się jeszcze szybciej niż spadł i nawet nie płakał. Ja sama na początku bardzo nie lubiłam zajęć na błotnistej górce. Jest pełno komarów, dzieci się najbardziej spóźniają, a jak próbuję zrobić krok, przykleja się spód mojego klapka i góra odpada. Co chwila muszę naprawiać japonki i wydawać karty ćwiczeń spóźnialskim. Każdy zaczyna w innym momencie, w innym kończy i mam wrażenie, że każde dziecko robi co innego. Później okazało się, że to jedna z najbardziej uroczych grup, chociaż prawie samych chłopców, którzy przychodzą czasem po dwa razy, bo tak bardzo się im podoba. Grzecznych, spokojnych, słuchających, jedyna, która nie podkrada mi rzeczy z plecaka.

Amiel. Amiel jest trochę nadpobudliwy. Przychodzę do niego do domu, grupa ma tylko czwórkę trzyletnich dzieci. On jest najbardziej odważny z całej gromadki. Za pierwszym razem, trójka pozostałych była wciśnięta w kanapę i nie chciała nawet się odezwać. Przez pół godziny turlałam do nich piłeczkę, aż w końcu zaczęli reagować i trochę przestali się bać. Jedyna grupa, w której codziennie tańczę z dziećmi, bo się tak bardzo dopominają. Są najbardziej uroczy i kochani. Pamiętam, jak któregoś dnia Amiel zapytał, czy mam spodnie, bo cały czas chodzę w spódniczkach. Zaskoczona, odpowiedziałam, że tak. Na co powiedział, że mam je ubierać, bo martwi się, że pogryzą mnie komary i złapię jakąś chorobę. I nawet po moim wyjeździe z Manili wciąż przynosił mamie kwiatki, żeby mi przekazała.

Stephanie. Codziennie idąc na zajęcia (znów w błocie), wstępuję do jej domu, żeby ją odebrać. Kilka razy mama jest zaskoczona, że to już ta godzina i czekam, aż mała znajdzie zeszyt i się przebierze. Dziewczynka ma 5 lat i jest dość nieśmiała. I dokładna. Kiedy koloruje obrazek, zajmuje jej to prawie dwa razy tyle czasu, co innym dzieciom. I chce koniecznie wykorzystać wszystkie dostępne kredki. Tylko, jak inni dostają kolejne zadania, a ona wciąż męczy się z pierwszym, zaczyna płakać. Dwoję się i troję, żeby zająć pozostałych, dopóki ona nie skończy, jednocześnie kolorując trochę z nią. A to dopiero preludium przed ostatnią godziną.

Jr i Joray. Kuzyni, mieszkający w jednym domu (trzeba pamiętać, że dom ma mniej niż 30m2 i mieszkają tam dwa małżeństwa, trójka większych dzieci i jedno niemowlę). Z reguły nie przychodziło więcej niż sześcioro dzieci, ale to już ćwiczyło wielozadaniowość. Jr na żadnym zdjęciu nie wygląda wyraźnie, bo nie umiał przestać się kręcić nawet na moment. Joray jest o dwa lata starsza, ale uwielbia go zaczepiać i krzyczeć, że on zaczął. W międzyczasie przychodzą dzieci, które też wymagają uwagi, a jak tylko się odwrócę, któreś z kuzynów wyciąga mi zabawki z plecaka. Ich mamy za to są przemiłe i zdarza się robić mi kawę. Co jest wspaniałe, tylko dokłada jedną rzecz do pilnowania, bo kubek mogę położyć tylko na podłodze, a naprawdę wolałabym uniknąć dziecięcych oparzeń…

O autorze / Zespół

Nazywam się Danusia i jestem wolontariuszką Wolontariatu Misyjnego Salvator. Dwa lata temu brałam udział w wyjeździe na Węgry, gdzie prowadziliśmy półkolonie dla miejscowych dzieci, a w zeszłym roku spędziłam prawie 3 miesiące na Filipinach. Poza tym, rok temu skończyłam studia, stając się młodą lekarką.

Komentarze

Pomóż teraz

Czego szukasz?

  • Wszystkie
  • Udane
  • Trwające
Pytania? Pisz śmiało!